|
piątek, 20 listopada 2009
Chlebek, Shepherd`s Pie, Tiramisu...
A to wszystko upiekłam dzisiaj. Korzystając z dnia wolnego, wstałam dosyć wcześnie jak na mnie, bo już o (9:00). Poszłam na zakupy, potem spotkałam siostrę i poszłyśmy razem na lunch. Po smacznym jedzonku przyszłyśmy do domku i zaczęło się pichcenie. Na pierwszy ogień poszedł chlebuś. Wyszedł smaczny (jak zawsze, to niezawodny przpis), pachnący i naprawdę bardzo bardzo dobry! Przepis wstawię jutro na bloga kulinarnego :) Potem zajęłam się przygotowaniem deseru Tiramisu. Mniammm... jaki pyszny! Jeden z moich ulubionych. Przpis tutaj :) Na koniec zajęłam się obiadkiem czyli Plackiem Pasterza (Shepheard`s Pie). Robiłam go pierwszy raz w życiu i jestem z tego wypieku naprawdę zadowolona. Zmieniłam tylko rodzaj mięsa, bo nie przepadam za wołowiną. Dałam mielone wieprzowe. No i już wiem, że następnym razem (a zrobię na pewno jeszcze nie raz to danie) dodam mniej masełka do puree ziemniaczanego, żeby było bardziej zwarte :) Przepis podam jutro na blogu kulinarnym (dzisiaj miałam siłę wstawić tylko tiramisu). A więc jak widać dzień upłynął mi pod hasłem WYPIEKI :) Fajne są takie dni, bo gotować lubię, a piec to już w ogóle kocham- szczególnie jak mi wychodzi oczywiście :) Kupiłam dzisiaj piękne wydanie MONOPOLU. Takie w drewnianym pudle, śliczne! I choć nie jest to nasza ulubiona gra, to po prostu nie mogłam jej nie kupić. Będzie na kiedyś.. z dziećmi będziemy sobie grali może :) A jutro na 7:00 do pracy, więc powoli zabieram się do spania. Ale przed snem obejrzę jesze ostatni odcinek Desperate Housewives, jestem uzależniona od tego serialu, nie mogę przegapić ani jednego odcinka!
wtorek, 17 listopada 2009
Wtorek...
Dzisiaj miałam do pracy na 7.30. Masakraaa.. Jak mi się nie chciało wstać! Jestem okropnym śpiochem. Zastanawiam się jak to będzie, jak będę miała kiedyś dziecko?! Przecież ja jak nie śpię około 8 godzin na dobę, to jestem nieprzytomna. A przecież z malutkim dzieciaczkiem, to się chodzi na rzęsach z niedospania hehe.. Wczoraj byliśmy na kolacji z okazji Sajmona urodzin. Wybraliśmy indyjską knajpkę. Wszystko smakowało znakomicie (jak zawsze w tej restauracji), chociaż Fabio z Sajmonem narzekali na jakiś tam składnik sosu, co to niby za bardzo zdominował im aromat całego dania. Ale poza tym wszystko było cudowne. A chlebek czosnkowy nan był po prostu boski! Do tego obsługa tej restauracji jest najlepsza z najlepszych. Pracują tam sami panowie, którzy zawsze się uśmiechają i są bardzo bardzo życzliwi i pomocni :) Potem w domku był szmpan i ciacho. Ja wypiłam tylko pół lampki, a ciasta nawet nie tknęłam, bo po prostu po jedzeniu w Bombay`u nie mogłam już nic więcej zmieścić do brzuszka, bo chyba bym pękła. Dzisiaj gotuję smaczniutki domowy obiadek- ziemniaczki, kotleciki schabowe w sosie pieczeniowym, a do tego marchewka z groszkiem na ciepło. Mniammm już nie mogę isę doczekać :) Jestem głodna jak koń! Dzisiaj napisałam smska do wujusia, jak się czuje, a On zaraz do mnie zadzwonił. Pogadaliśmy sobie i pośmialiśmy się :) Tak fajnie było go usłyszeć. Mój najukochańszy wujcio, moje szczęście. Narzekał biedak, że strasznie nudzi mu się już w szpitalu, i że ma nadzieję, że już niedługo dostanie swoje nowe serduszko. Wszyscy mamy taką nadzieję. Może to już niedługo :) To byłby dla mnie największy i najlepszy prezent świąteczny. Kto wie, może Mikołaj spełni moje życzenie, muszę do niego napisać list hehe... Najważniejsze, że wujuś dobrze się czuje i jest w dobrej formie. Reszta przyjdzie w swoim czasie :) To tyle na dzisiaj, lecę sprawdzić jak moje ziemniaczki, czy już gotowe i mogę zacząć jeść jeść jeść!!!
niedziela, 15 listopada 2009
Urodziny Sajmonka...
Dzisiaj urodzinki Sajmona, męża siostry. Sajmuś jeszcze raz wszysktiego naj naj naj.. dużo dzieciufff i miłości i radości małżeńskiej !!! Szkoda, że nie możemy dzisiaj świętować, bo Sajmon poszedł na noc do pracy, ale odbijemy sobie już jutro, bo wybieramy się wszyscy na obiad do restauracji :) A mi dzień za dniem mija bez żadnych rewelacji. Pogoda deszczowa, więc i nastrój bardzo melancholijny. W piątek byłam z Ewelą i Bachonem w kinie na Couple Retreat. Film bardzo śmieszny i w sam raz na girly night. My przed kinem poszłyśmy jeszcze na drinka i ploteczki, więc w ogóle super. A dzisiaj upiekłam Pissaladiere według przepisu Liski. Było baaaardzo smacznie. Przepis o tyle fajny, że można zrobić tartę na wiele sposobów, czyli tak jak lubimy najbardziej. U mnie oczywiście połowa musiała być posypana serem, bo Fabio nie mógł sobie po prostu jej wyobrazić, bez jego ulubionego serka hehehe... A tak odbiegając zupełnie od tematu, to po wizycie w Polsce bardzo cieszę się z ciepła, stabilizacji i atmosfery własnego mieszkanka (no nie do końca własnego, ale..) jak to mówi stare przysłowie "wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej" ( tak tak teraz Irlandia jest moim domem). Nie będę wchodzić w szczegóły, ale nie ma to jak własne małżeńskie szczęście i bliskość. Delektuję się tym codziennie. Acha i obiecuję, że będę tutaj częściej zaglądać, żeby nie martwić już teściowej, która zaniepokojona brakiem wpisów, wysłała mi dzisiaj smska z zapytaniem czy wszystko ok :) Do usłyszenia wkrótce :)
wtorek, 10 listopada 2009
Polska-jedzenie...
W zasadzie ten wpis powinnam umieścić na blogu kulinarnym, bo będzie przecież o jedzeniu hehe.. eee tam piszę tutaj, najwyżej skopiuję :) No więc o jedzonku kochanym moim, najulubieńszym moim, życiu moim! ;) Na pierwszy obiad w Gdańsku wybraliśmy się z Fabiem i jego siostrą (to ona poleciła nam to miejsce) do Jadalni pod Zielonym Smokiem mieszczącej się na ul.Szerokiej 125. Już po samym przekroczeniu progu buzia mi się uśmiechnęła. Ciekawe wnętrze, dobra muzyka, miła obsługa no i jedzonko...Mniammm! Nie mogłam się zdecydować co wybrać. Wszystko brzmiało tak apetycznie! W końcu padło na roladę polską z sosem żurawinowym i do tego zasmażaną kapustkę, marchewkę z groszkiem i prażone ziemniaczki :) Muszę zaznaczyć, że podają tam dania typowo obiadowe, nic wybujałego, żadnych wyszukanych frykasów, ale to własnie najbardziej mi się podobało. Miałam ogromną ochotę zjeść porządny polski obiad! Ten wybór był strzałem w dziesiątkę! Wszystko było bardzo smaczne, wręcz rozpływające się w ustach. Na deser wzięłam crepes a`la Souzette, to również mnie nie zawiodło, było aromatyczne, delikatne i bardzo sycące. Do tej samej knajpki poszliśmy znowu kilka dni później i wtedy zdecydowałam się na golonkę na kapuście zasmażanej- niebo w gębie i same ohy i ahy się należą! Jedynym malusieńkim minusem było to, że można tam palić i ja jako osoba niepaląca, bardzo nie lubię jeść w dymie tytoniowym. Jednak nie unmiejsza to oczywiście nic a nic ogólnej przyjaznej atmosferze, no i przede wszytkim smaczności potraw :) Ceny bardzo przystępne od 9-13 pln(zważając szczególnie na fakt, że lokal znajduje się niemal w samym sercu Gdańska). Kolejnym miejscem , które jest godne uwagi i polecenia, to kawiarnia na ul.Piwnej 5/6 czyli ∏Kawa (czyt.Pi Kawa). I tutaj znowu zachwytom nie było końca. Byłam tam dwa razy i szczerze powiem, że mogłabym przesiadywać tam codziennie! Oj gdyby w Killarney była taka cudowna klimatyczna kawiarenka, ech.. marzenie :) Najbardziej polecam Torcik Fedora, który po prostu nie ma sobie równych! Jest mocno truflowy z marcepanem, orzechami i tak dużą ilością alkoholu, że po kilku kawałkach z pewnością można się upić heheheh (może dlatego tyle tych procentów, iż po prostu nie można zjeść więcej niż jeden kawałek, jest baaaaardzo sycący!)... ale CU-DO-WNY!!! Oprócz tego różnorodność kaw, gorących czekolad i herbat powala na kolana. A wszystkie mają przeurocze nazwy. Ja piłam herbatkę Kłapouchego i Kubusia i Krzysia i białą czekoladę Pana Sowy- wszystkie niebiańskie! Gorąco gorąco polecam wszystkim, którzy mieszkają lub zamierzają odwiedzić Gdańsk. Tej knajpki po prostu nie można przegapić! A obsługa jest w ogóle na medal, przesympatyczne, zawsze uśmiechnięte panie! No i najważniejszy plus jak dla mnie, to całkowity zakaz palenia! Lepiej być po prostu nie mogło. Ceny kaw i herbat od 8-12 pln. Ciast chyba podobnie, już nie pamiętam (ale z tych, co fortunę są w stanie wydać na dobre jedzonko :) Jeżeli ktoś lubi naleśniki (tutaj ukłon w kierunku Andzi35, która z pewnością zakochałaby się w tym miejscu) polecam naleśnikarnię Manekin na ulicy Grunwaldzkiej 270 (ich lokale mieszczą się również w Toruniu, Bydgoszczy i Łodzi). W menu naleśniki do wyboru wytrawne, na słodko, zapiekane, wegetariańskie. Z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie! Do tego najmilsza obsługa z jaką kiedykolwiek się spotkałam. Panie kelnerki (i panowie też) służą ciągłą pomocą i uganiają się jak mróweczki. Bardzo fajna atomsfera! Wystrój niesamowity. Również sprawa palenia bardzo dobrze rozwiązana. Na piętrze miejsca dla palących (z bardzo dobrą klimatyzacją), a na dole dla niepalących. Praktycznie nie czuć dymu paierosowego (no może odrobinkę tylko, ale kto by się tam czepiał przy tylu walorach). Ceny w granicach od 8 do 13 pln za naleśnik. Aha i tutaj trzeba zaznaczyć, że naleśniki są ogromne i można się takim jednym najeść na dwa dni hehe.. Mnie najbardziej smakował naleśnik z mięsem mielonym (bolognese) i sosem czosnkowym. Aaaa.. i jeszcze jedna fajna rzecz- przy drzwiach stoi kosz z książkami i można sobie wziąć każdą na własność, pod warunkiem zostawienia innej (np. takiej którą już przeczytaliśmy). Prawda, że pomysłowe? Dla mnie (maniaka książkowego), to po prostu raj hehe! Na sam koniec aczkolwiek wcale nie ze względu na to, że najmniej mi smakowało (bo smakowało rozkosznie) bar Pasztecik w Łobzie (małe miasteczko, z którego pochodzi Fabio, między Koszalinem a Szczecinem). Jak sama nazwa wskazuje zajadałam się tam pasztecikiem z mięsem popijając czrwonym barszczykiem. I choć samo miejsce na pewno nie należy do wytwornych, to pasztecik po prostu nie ma sobie równych i uplasował się na bardzo wysokim miejscu mojej listy ulubionych potraw. A cały zestaw za jedyne 3,60 pln. To chyba na tyle z jedzonka wartego wyróżnienia. Choć oczywiście przewinęło się w miedzyczasie mnóstwo cudownych różnosi przygotowanych przez mamulkę (paróweczki w cieście francuskim), teściową i teścia (pierogi, żeberka, orzeszki), babulkę (niezastąpiony chleb w jajku) i wiele wiele innych skubniętych rarytasów gdzieś na mieście. Serdecznie polecam wszystkie w/w miejsca i gwaranutuję własnym podniebieniem o ich wykwintności hehe.. Aha i sklep Krakowski Kredens.. po prostu poezja! Wszystkie wędliny, sery, herbaty, powidła, po prostu boskie! No może tylko ogórki kiszone niezbyt udane (Fabio jako kiszono-ogórkowy-skrytożerca był bardzo niepocieszony)! :))) Do usłyszenia :)
niedziela, 08 listopada 2009
Lot odwołany...
Wczoraj moja kochana siostrzyczka i jej MĄŻ (heheh cały czas nie mogę się przyzwyczaić) mieli wrócić do Irlande, po miesiącu (tygodniu) miodowym spędzonym w Egipcie. Ale niestety z powodu złych warunków atmosferycznych, po kilku godzinach czekania na lotnisku lot odwołano. Całe szczęście, że mieszkamy 15 minut drogi od lotniska. Zadzwonili po tatę i wrócili do domu. Przylecą we wtorek. Ech a tak już sie cieszyłam i nawet chlebek im upiekłam żeby sobie zjedli cieplutki, bo myślałam, że pewnie głodni przyjadą :( No ale koniec końców, to chyba nawet dobrze, że nie polecieli, bo pogoda i w Gdańsku i w Irlandii była straszna, więc umierałabym ze strachu, że jeszcze coś się stanie. A tak oni przynajmniej mają dodatkowe 3 dni urlopu i wrócą w dobrych warunkach pogodowych. Swoją drogą myślałam sobie o tych wszystkich ludziach, którzy nie mają tyle szczęścia i nie miaszkają tak blisko lotniska, bo przyjechali z odległych miejscowości i co oni wtedy mają zrobić, jak taki lot zostaje odwołany. Masakra, nie zazdroszczę. No więc czekam sobie dalej na siosterkę i jej opowieści z Egiptu i już doczekać się nie mogę, bo mi bardzo tęskno już za nimi.
sobota, 07 listopada 2009
Ślub siostry...
W dniu ślubu pogoda przywitała nas DESZCZOWO i wietrznie. Oczywiście wszyscy modlili się o choć troszkę słoneczka.. bezskutecznie, padało cały dzień! Grrrr... O 8:00 rano miałyśmy z siostrą i mamą umówionego fryzjera. Moja fryzura w efekcie końcowym okazała się nie do końca taka jaką bym sobie wymarzyła. Ba! Była bardzo daleka od fryzury marzeń. No ale co tam ja, przecież to nie aż znowu takie ważne. Najważniejsza była siostra i jej zadowolenie tego dnia. Niestety siostra była nawet bardziej niezadowolona ode mnie. Stres wziął górę i wszystko co proponowała jej fryzjerka, było na NIE! Ewela była kilka dni wcześniej umówiona na próbną fryzurę ślubną, ale owego dnia w całym osiedlu wyłaczyli nagle prąd na 4 godziny, więc niestety nie udało się nic wypróbować. Jednak pani fryzjerka przekonywała, że w dniu ślubu na pewno coś ładnego dobiorą i będzie na to mnóstwo czasu. Ale jak się okazało w dniu ślubu wcale już pani fryzjerka tyle czasu nie miała, bo poumawiała już inne klientki i nie spodziewała się, że jej koncepcja nie spodoba się siostrze. Fryzjerka była zła jak osa (tym bardziej, że siostra spóźniła się pół godziny, bo jak już byliśmy pod salonem, to zorientowała się, że zapomniała spinek, welonu i kwiata i trzeba było się wracać). No więc Ewela zła, fryzjerka zła, czasu nie ma, płacz i ogólne napięcie. Na szczęście w końcu stanęło na jakimś kompromisie i mogłyśmy wyjść z salonu. W końcowym efekcie fryzura naprawdę dobrze wyglądała (przynajmniej według mnie, no i Ewela też w końcu ją zaakceptowała). Po fryzjerze szybcikiem do domu, bo lada chwila miała pojawić się makijażystka, fotograf i kamerzysta. Przyjechali jak na złość wszyscy na jedno hura (choć byli poumawiani na inne godziny), ale jak to tłumaczyli wyjechali szybko, bo myśleli, że będą błądzić a tutaj się okazało, że wcale nie tak trudno trafić, no i jak już są to przecież zostaną! No oczywiście dobrze, że w ogóle są, więc niech już zostaną. Zaczęła makijażystka, która trzeba przyznać wymalowała siostrę cudownie (uff przynajmniej to było jak należy). Mój makijaż był fatalny jakiś smolisty, czarny i byłam wypudrowana jak gejsza, no ale przecież nie będę narzekać, w końcu to nie mój dzień i nikt nie będzie na mnie skupiał oka. Chociaż nie powiem byłam troszkę zawiedziona, bo fryzura be i makijaż też be.. no ale trudno zrobione , znaczy trzeba się uśmiechnąć, podziękować i machnąć ręką (dobrze, że to nie był mój ślub)! Po makijażu przyszedł czas na zdjęcia i kamerzystę, który musiał nakręcić kilka ujęć podczas ubierania sukni. Całe szczęście poszło bardzo sprawnie. Przyszedł czas na BŁOGOSŁAWIEŃSTWO (o mamo!). Ja nie wiem co to za dziwny zwyczaj z tym błogosławieństwem, bo to przecież bez sensu jest i takie dodatkowe emocje i płacz i makijaż się psuje i w ogóle niepotrzebny stres. Nawet ja uroniłam łezkę, bo jak widziałam, że siostra ryczy, to nie mogłam się powstrzymać. No ale błogosławieństwo rach ciach załatwione i szybcikiem do kościoła na ceremonię :) W kościele kosta brawa, mróz normalnie!!! Masakraaaaa. Jednak pomimo przerażającego zimna wszystko poszło gładko i całe szcęście w miarę szybko. Oczywiście ja się rozkleiłam (ba! żeby to raz) myślałam, że twardzielka ze mnie, ale po prostu nie mogłam utrzymać łez w ryzach. Tak to jest jak się widzi, że jedyna kochana siosterka składa przysięgę. A na koniec było śmiesznie, bo siostra z mężem (ojej jak to śmiesznie brzmi) poszli do jakiegoś obrazu Matki Boskiej się pomodlić (nie pytajcie czemu, nie wiem, podobno taka tradycja), no i jak tak sobie szli do tego obrazu, to nagle nie wiadomo JAK(?!?!) siostrze zsunęła się podwiązka z nogi, a ta ją kopnęła (niechcący oczywiście) tuż pod sam ołtarz heheheehehehhe.. Osobiście tego nie widziałam, bo byłam zajęta odbieraniem aktu ślubu od księdza, ale podobno sporo osób to zauważyło. Nie mogę doczekać się DVD, ciekawe czy udało się to zarejestrowć. Jak moja ciocia podała podczas składanie życzeń podwiązkę siostrze, to ta zrobiła wielkie oczy i nie mogła uwierzyć, że jej spadła i ona nawet tego nie odnotowała :))) No i w końcu przyszedł czas na weselicho. Wszystko udało się znakomicie. Sala była ślicznie ustrojona, zespół grał fantastycznie i jedzonko też smakowało. Ja tańczyłam chyba z wszystkimi i praktycznie nie schodziłam z parkietu. Mój mąż bawił się jeszcze fantastyczniej, gdyż dla niego to była pierwsza okazja do poznania całej rodzinki. Z każdym musiał przecież wypić brudzia (albo nawet cztery z co niektórymi) i nagle około północy znikł mi z pola widzenia. Jak się pojawił, to dostał ode mnie mały ochrzan, bo z kolei ja nawaliłam, bo były podziękowania dla rodziców i trzeba było przynieśc kwiaty dla rodziców i to Fabio miał kluczyki od auta, ale jego nie było i kwiatów rodzice nie dostali. Dobrze, że były jeszcze jakieś inne upominki, to nawet się nie zorientowali. Tuż po pierwszej w nocy pojawił się mój mąż i jak zapytałam gdzie był i w ogóle czemu tak długo, to powiedział, że siedział sobie w aucie i gadał ze swoimi rodzicami. Och no macie go agenta, sobie poszedł po nocy dzwonić!!! Przegapił podziękowania rodzicom, oczepiny i ten konkurs gdzie tańczy się z parą młodą za pieniądze! Dobrze, że mama dała mi kasę, bo tak nie mogłabym nawet zatańczyć ze szwagrem. Musiałam na chwilkę przymusowo posadzić Fabia koło siebie, bo choć on twierdził, że wcale nic a nic nie jest pijany, to ja wiedziałam swoje i wolałam, żeby zrobił małą przerwę przed kolejnym/nymi brudziami :) No ale przynajmniej rodzinka cała zachwalała mojego mężusia mówiąc jaki to on śmieszny, fajny i wyluzowany. No dobre i to :) A jak wracaliśmy po wszystkim samochodem do domu, to Fabio z zaciekawieniem zapytał mojej mamy "A czemu nie było oczepin i podziękowania dla rodziców"?!!!?? No wiecie co! Uśmiałyśmy się z mamą setnie :)))
piątek, 06 listopada 2009
JESTEM !!!
Jestem, jestem, jestem z powrotem!!! Ale się cieszę, że w końcu w domku (jak to śmiesznie brzmi, że teraz Irlandia jest dla mnie domem, a cztery lata temu błagałam, żeby coś się wydarzyło, żebym musiała wracać, bo tak się bałam życia tutaj) :) Ech po 3 tygodniach w Polsce jestem wymęczona strasznie. Ciągle załatwianie, lekarze, znajomi, sklepy i życie w biegu! Oczywiście nie uda mi się opisać wszystkich emocji i wydarzeń na raz, więc postanowiłam, że każdego dnia bedę opisywać inne aspekty i moja odczucia z pobytu w kraju.. i tak do wyczerpania tematów, mam nadzieję, że Was nie zanudzę hehee.. Na pierwszy strzał pójdzie oczywiście ŚLUB SIOSTRY :))) Ale o tym dopiero jutro, bo teraz czeka na mnie sterta prania, rozpakowywanie, układanie i "gniazdowanie" czyli osadzanie się wygodnie w domku :) bo ja w bałagnie nie umiem nic zrobić, musi być czyściutko, cieplutko, z herbatką obok i moją nową płytą Stinga w tle... A teraz zmykam na Wasze blogi, zobaczyć co to się działo, jak mnie nie było :) A od jutra zaczynam pisać na nowo i bardzo się z tego cieszę, bo nawet nie wiem kiedy mój blog wciągnął mnie bez reszty i jak mnie tu nie ma, to tak jakoś dziwnie mi jest :) Do jutra!
poniedziałek, 19 października 2009
To już rok !!!
Dzisiaj dwa święta. Urodzinki mojego kochanego mężusia (STO LAT FABIOLLO!!!) i pierwsza rocznica założenia bloga. Dziękuję Wam kochani wirtualni przyjaciele, że tutaj zaglądacie, komentujecie i wspieracie mnie kiedy tego potrzebuję. Jest mi niezmiernie miło, że mogłam "poznać" tylu ciekawych ludzi dzięki mojemu skromnemu blogowi. Dziękuję Wam za odwiedziny :)))
piątek, 16 października 2009
Urlop-Polska...
Jutro jedziemy do Polski na prawie 3 tygodnie. W tym czasie odbędzie się też ślub mojej siostry :))) Po przyjeździe wszystko wam zrelacjonuje :) Do usłyszenia w przyszłym miesiącu :)))
poniedziałek, 12 października 2009
Ewelina`s Hen Night...
No i po panienskim mojej siostry. Bawilysmy sie znakomicie, chociaz ja co chwile mylalam o Willym.. i tak smutno mi sie robilo. Ale hen night ma sie tylko raz, wiec wzielam sie w garsc, bo nie moglam zepsuc siostrzyczce humoru i siedziec z mina na kwinte. Zaczelysmy o 21.00 u nas w domu. Przygotowalysmy z siostra zapas alkoholi i przekaski. Bylo 13 dziewczyn. Czesci z nich nie znalam, bo to byly kolezanki z pracy Eweli, ale okazalo sié, ze wszystkie byly przesympatyczne i bawilysmy sie wysmienicie. Wszystkie mialysmy jednakowe czerwone koszulki z napisem Ewelina`s Hen Night i czarne kapelusze. Ewela miala biala koszulke (wiadomo panna mloda) i bialy kapelusz :) Dostala od kazdej dziewczyny jakis drobny upominek i bardzo sie cieszla z nowych koszulek nocnych i wszystkich innych prezentow. Dostala tez voucher na SPA i z tego chyba najbardziej sie ucieszyla, bo to piekne i nowoczesne SPA w hotelu Plaza. Jak wrocimy z Polski, to ja tez sobie kupie tam voucher i pojdziemy razem, zeby nam bylo razniej :) Po dyskotece poszlysmy jeszcze do domku z nasza przyjaciolka na jednego drinka i posiedzialysmy z godzinke i potem spac. Milo bylo i mamy mnostwo fajnych fotek. Ja nawet kupilam sobie na ta okazje rozowa peruke hehe.. Smieszna byla i wszyscy mowili, ze do twarzy mi w rozu heheeh... Jeszcze tylko 5 dni pracy i WITAJ POLSKO !!! Jeeeeeeeee...
piątek, 09 października 2009
Willy...
Około pół roku temu poznałam bardzo fajnego chłopaka. Mieszkał u nas w hostelu przez jakieś dwa tygodnie. Był Niemcem. Przyjechał do Killarney rozkręcić interes rowerowy. Otworzył wypożyczalnię rowerów. Staraliśmy się wysyłać do niego tak dużo klientów jak się dało, chociaż formalnie mamy podpisaną umowę na wypożyczanie rowerów z inną firmą, ale chcieliśmy pomóc Willemu rozkręcić jego mały biznes. Willy odwiedzał nas bardzo często i zawsze dziękował za to, że przysyłamy do niego klientów. Jakiś tydzień temu Willi przyszedł wieczorem pogadać i akurat ja byłam na recepcji. Gadaliśmy chyba ze cztery godziny. Te kilka godzin zleciało mi w oka mgnieniu. Rozmawialiśmy o wszystkim, jak oboje kochamy czekoladę i jedzienie w ogóle, jak lubimy tańczyć i gdzie chcielibyśmy pojechać, co zwiedzić. Willy przyniósł mi nawet całą siatkę czekoladek niemieckich RitterSport i Milki i chciał żebym wzięła ją całą, ale ja absolutnie odmówiłam i powiedziałam, że jak zjadłabym to wszystko, to nie zmieściłabym się w drzwi recepcji. Ostatecznie i tak wmusił mi dwie czekolady. Willy twierdził, że żyje tylko na czekoladzie i ciasteczkach. Hehehe.. uwierzyć nie mogłam, bo był taki szczupły :) Wczoraj Willy przyszedł żeby powiedzieć, że zamknął sklep z rowerami na czas zimowy i otworzy go po Nowym Roku, i że ma nowe pomysły co do wystroju i rozreklamowania swojego małego biznesu. Ja ze swojej strony obiecałam mu, że będę podsyłała mu tylu klientów ile się tylko da :) Willy powiedział, że teraz jedzie na tydzień do Galway odwiedzić znajomych i pogadamy po jego powrocie. Powiedziałam, że koniecznie musimy porozmawiać, bo mam do niego interes. On zapytał jaki, ale że akurat zebrało się dużo ludzi na recepcji powiedziałam, że pogadamy po jego powrocie (chodziło mi o to, że chciałam kupić od niego rower). Machnęłam mu na pożegnanie i powiedziałam, że jak coś to mam jego komórkę, to napiszę smsa... To był ostatni raz kiedy widziałam Willego... Willy zmarł dzisiaj tragicznie w wypadku samochodowym w drodze do Galway... Wciąż nie mogę przestać płakać.. .bezustannie pytam sama siebie.. dlaczego On?!?! Dlaczego tacy kochani i ciepli ludzie tak przedwcześnie odchodzą... ...ale na to nie ma odpowiedzi.. i to tak cholernie boli :(
Spieszmy się kochać ludzi.. tak szybko odchodzą.. zostaną po nich buty i telefon głuchy... J.Twardowski
czwartek, 08 października 2009
Przeziębienie...
ZNOWU jestem chora!!! No przecież to jakiś śmiech na sali. Ja od dwóch lat wiecznie chodzę z zapchanym nosem, bolącym gardłem i gorączką!!! A żeby było śmiesznie, to jak mieszkałam w Polsce, to niezwykle rzadko cokolwiek się mnie czepiało. A teraz jakby za wszystkie zdrowe lata podwójnie przyszło mi chorować. Mam tego dosyć! A te głupie reklamy leków, że to trzeba je brać przy pierwszych objawach choroby, to do du.. są!!! No bo ja tylko jak poczuję, że troszeczkę niewyraźnie się czuję, to zaraz je biorę, a choróbsko i tak mnie dopada. Więc jakie to są te pierwsze objawy, bo może ja za późno reaguję?!!! Pierwsze objawy, to chyba te, których jeszcze wcale nie czuć, ale skoro ja ich nie czuję, to jak mam wiedzieć, że mnie bierze?!!! Może wcale nie będę przestawać brać rutinoskorbinu, witaminy C, polopiryny S, gripexu, strepsilsów i innych cudów!!! W niedzielę oglądałam pierwszy odcinek nowego serialu Dom nad Rozlewiskiem. Muszę przyznać, że troszkę się zawiodłam. Bo ksiżąka taka cudna jest, a serial jakoś tak średnio. No za cholerę nie pasuje mi ta Brodzik w roli Gosi.. i w ogóle większość postaci mi nie odpowiada z moimi książkowymi wyobrażeniami. Ale oglądać będę dalej, może się rozkręci. No w końcu nie może być bardzo źle, skoro książka tak bardzo mi się podobała! W sobotę panieńskie mojej siostry. Mama nadzieję, że wyzdrowieję do tej pory i będę mogła poszaleć :) Bo jak nie, to grrrrr.. !!!
niedziela, 04 października 2009
Tańce...
W piątek przyjechała do nas moja kuzynka z chłopakiem na dwa dni. Ja niestety wczoraj musiałam iść do pracy ( i to na popołudnie!), ale na szczęście reszta ekipy miała wolne. Wszyscy jeszcze zanim poszłam do pracy zdecydowaliśmy, że spotkamy się wieczorem w jakiejś knajpie. Okazało się jednak, że jak skończyłam pracę (23.30) to oni byli już z powrotem w domu. Pomyślałam, że szkoda, bo miałam ochotę gdzieś wyjść. Jak przyszłam do domu, to wszyscy byli już w bardzo szampańskich humorach. Ja wypiłam kilka karniaków hehe.. i też udzielił mi się znakomity humor. W nagłym przypływie energii, dużo się nie zastanawiając postanowiliśmy, że jednak idziemy potupać nóżką gdzieś na mieście. Była prawie pierwsza w nocy, więc czasu nie za dużo, bo w Irlandii wszystkie dyskoteki zamykają się najpóźniej o 3 w nocy. Wstaliśmy i bez zbędnych ceregieli ze strojami, zawinęliśmy się tak jak staliśmy. Oczywiście takie imprezy są zawsze najlepsze! Ale co najśmieszniejsze poszedł z nami mój mąż, który baaaardzo stroni od jakichkolwiek tasńców a już tym bardziej dyskotek. Jednak alkohol robi swoje hehe.. Fabio wparował na parkiet jak tylko weszliśmy do dyskoteki i skakał na tam do samego końca! Celowo użyłam słowa SKAKAŁ !!! Momentami bałam się nawet o osoby tańczące za nim, bo porządne z niego chłopisko i jakby runął przypadkiem na jakiąś wyfiusiowaną filigranową panienkę, to mogłoby się źle skończyć :))) A wydzierał się przy tych tańcach tak niemiłosiernie, że dzisiaj ledwo mówi :))) Impreza była S-U-P-E-R !!! Fajnie było się wyszaleć na całego. Wrażenia z imprezy niezapomniane. Widok męża na parkiecie BEZCENNY :))) Zdjęć nie ma. A szkoda!
czwartek, 01 października 2009
Środa...
Mój wujek został wpisany dzisiaj na pilną listę Poltransplantu !!! Bardzo bardzo się cieszę, bo to znaczy, że już niedługo (jak tylko znajdzie się dawca) zostanie przeszczepione mu nowe i zdrowe serce! Wszyscy czekamy z niecierpliwością i nadzieją szybkiego i pomyślnego zakończenia operacji! W Irlandii pogoda typowo jesienna... czyli moja ulubiona. Świeci słoneczko, ale jest dosyć chłodno. Na szczęście nie pada i nie padało już chyba z 3 tygodnie (rekord jakiś chyba)!!! Uwielbiam spadające i szeleszczące pod butami liście. Jesień jest cudna!!! W telewizji widziałam zapowiedzi nowego serialu, który powstał na podstawie książki Dom nad Rozlewiskiem. Bardzo ciekawa jestem tego tworu, gdyż jestem wielką fanką książek Małgorzaty Kalicińskiej. Nie jestem zachwycona wyborem Joanny Brodzik jako odtwórczyni roli głównej bohaterki, jak również Małgorzaty Braunek (jej matki). Inaczej je sobie wyobrażałam. Jednak poczekam na pierwszy odcinek, może się mylę i obie panie idealnie pasują do swoich książkowych postaci :) Acha i jeszcze jeden news z ostatniej chwili... kupiłam sukienkę!!! Niestety na drugi dzień ślubu, bo jest czarna i jakoś nie za bardzo chciałabym zakładać czarną sukienkę w dniu ślubu. Ale zawsze to coś prawda?!!! Przynajmniej jeden strój mam z głowy. Teraz jeszcze tylko jedna kreacja.. co prawda najważniejsza, ale.. no właśnie zawsze to ALE !!! Ciągla sobie powtarzam spokojnie Kinia.. spokojnie coś się znajdzie :))) Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa... czyżby?!!!!
sobota, 26 września 2009
Kino...
Zaraz idziemy do kina na The Surrogates (trailer).. wieczorem napiszę jak mi się podobało :) Miłego popołudnia! Update godzina 20:41 Już po kinie. Film bardzo bardzo dobry i na pewno godny obejrzenia. Jedynym minusem dzisiaj w kinie były irlandzkie dzieciaki, które latały góra dół wrzeszcząc na całego. Niczym ani tym bardziej nikim się nie przejmowały, skakały jak oszalałe po wszystkich wolnych siedzeniech i piszczały przeraźliwie. Myślałam, że im nogi z d... powyrywam. Nasuwa się oczywiście pytanie po jaką cholerę oni w ogóle poleźli do kina, skoro filmu wcale nie ogądali ?!!! Już nigdy nie pójdę na wczesny seans. Wolę wieczorne gdzie przynajmniej w spokoju można obejrzeć film i nie ma rzucania popcornem ani śmiechu na całą salę! Grrr... Ale sam film super i na pewno warto było pójść, polecam! :o)
środa, 23 września 2009
Urodzinki Ewelinki !!!
Dzisiaj moja kochana siostrzyczka ma urodzinki. Lindusiu moja kochana życzę Ci jeszcze raz wszystkiego co najpiękniejsze, najsłodsze, najlepsze!!! Niech wszystko układa się po Twojej myśli.. Kocham Cię siosterko. I jak to powiada babusia nasza Helusia "Dzisioj wszystki kwiotecki na ziemi som Twoje, rwij ile kcesz" :*****
wtorek, 22 września 2009
Srutu-tutu na śledziku ha ha...
Wczoraj zadzwonił do mnie tata. Niedawno kupił sobie laptopa i teraz codziennie dzwoni na skype i mówi jakich to on się tam nowych rzeczy nauczył. Założył też sobie konto na naszej-klasie. Ale, że kiepsko jeszcze sobie radzi i niezbyt ogarnia internetowy świat w kółko się o coś pyta. I tak oto zadzwonił wczoraj (BARDZO zdenerwowany BARDZO) i pyta mnie następująco: Tata: Kinga możesz mi wyjaśnić jedną sprawę?!!!! Ja: A o co chodzi? Tata: Możesz mi powiedzieć, co to ma znaczyć, że ja włączam naszą-klasę a tam Fabio do mnie napisał tak: " Srutu..tutu wklej to na śledzika, żeby wszyscy wiedzieli, że jesteś głupi" Ja: Hahahaah.. no tak, to a propos tych głupich kodów na śledziku, co to ludzie wierzą, że jak je wpiszą, to on się sam wyłączy :) Tata: Że co?!! Jaki śledzik, co to jest? Ja: No śledzik, to taki jakby pamiętnik bla bla... blaaaa.. wytłumaczyłam mu sprawę najlepiej jak potrafiłam :) Uśmiałam się przy tym serdecznie, bo biedny tata pomyślał, że mój szanowny mąż napisał mu, że jest głupi hahah... a że tata ma chyba dopiero z pięciu znajomych na nk i nikt nie pisze nic na śledziku, to Fabia notka widniała tam jako jedyna i tata pomyślał, że to bezpośrednio do Niego hehehehee... Ale mnie to rozbawiło.. chociaż tata chyba i tak do końca nie skumał co to jest ten śledzik i nie był pewny, czy aby na pewno Fabio nie wyzwał go od głupków hehehehe... No powiedzcie sami śmieszna sprawa! Ha ha haaaaa!!!
sobota, 19 września 2009
Zebrane z tygodnia...
Zacznę od najważniejszej sprawy- WUJUŚ.. Cały zeszły tydzień był niekończącym się stresem. Było już bardzo źle, baliśmy się, że go stracimy. Jednak powoli z dnia na dzień jego stan się poprawiał. Ale serduszko było bardzo słabe i wczoraj przperowadzono operację wstawienia sztucznych komór do serca. Jest to stan tymczasowy dopóki nie znajdzie się dawca prawdziwego serca. Operacja się udała, wujuś czuje się bardzo dobrze i jego stan jest stabilny. Można go odwiedzać (na razie tylko na kilka minut), ale z każdym dniem ma być coraz lepiej i będzie można częściej i dłużej z nim przebywać. Wujek jest przytomny, rozmawia, ba! nawet żartuje :) Bardzo bardzo się wszyscy cieszymy i dalej trzymamy mocno kciuki, żeby znalazł się dawca i żeby szybko mógł otrzymać nowe, zdrowe serduszko... teraz to już na pewno musi się wszystko udać!!! W pracy coraz ciszej i pewnie niedługo przejdziemy na mniejszą liczbę godzin. Myślę, że pewnie dopiero po moim przyjeździe z Polski zostaną podjęte jakieś kroki. Już nie mogę się doczekać wyjazdu, chcę uściskać wujusia, rodziców, babulę, teściów...ech fajnie! Jak pewnie czytaliście już na moim kulinarnym blogu, byłam w kinie na filmie Julie&Julia. Film bardzo mi się podobał i teraz szykuję się do kupna jednej z książek Julii Child. A kto wie, może nawet Mikołaj (czyt.Fabio) :) mnie zaskoczy małym prezencikiem :) Polecam obejrzenie tego filmu wszystkim, a szczególnie tym, którzy lubią pichcić i gotować :) Jeździłam też już sama samochodem. Na razie tylko po plaży i raz parkowałam na parkingu! Fabio mówi, że idzie mi dobrze i mnie też jeżdżenie smaochodem bardzo się podoba :) Może w Polsce uda mi się więcej poćwiczyć... może z teściem się przejadę jak mi pozwoli hehe... To chyba na tyle z ważniejszych rzeczy. Acha zamówiłam sukienkę na internecie i przyszła ZA MAŁA !!! Muszę ją odesłać.. i znowu zostaję z niczym. Ech.. co ja ubiorę na to weselicho?!!!
czwartek, 10 września 2009
Wujusiu najukochańszy jesteśmy z Tobą!!!
Mój najdroższy wujuś Stasiu (brat mamy) trafił do szpitala kilka dni temu z powodu bardzo złych wyników badania serca. Było z każdym dniem coraz gorzej. Wczoraj w nocy wujuś zaczął tracić przytomność i lekarze postanowili podłączyć mu respirator i jednocześnie wprowadzili go w śpiączkę farmakologiczną. Lekarze zadecydowali, że z uwagi na jego poważny stan zdrowia, pozostawią go w śpiączce tak długo, aż nie znajdzie się dawca serca. Jest nam wszystkim bardzo ciężko i łzy płyną mi jak gorchy podczas pisanie tej notki. Biedne serce wujusia ma wydolność zaledwie 16%, przeszczep jest konieczny. Ale nie tracimy nadziei.. wszystko musi się udać. Poza sercem wszystkie jego badania są bardzo dobre, mózg pracuje odpowiednio i w zasadzie nie możemy nic zrobić jak tylko czekać na dawcę... Wujusiu kochany wiem, że nie możesz przeczytać tego teraz, ale jak będzie już po wszystkim i dostaniesz nowe serduszko, to wiedź jak bardzo mocno jesteśmy każdego dnia z Tobą i wspieramy Cię z wszystkich sił. Kochamy Cię ponad wszystko i wiemy, że Ty nie poddasz się tak łatwo. Wujusiu mój najdroższy proszę Cię walcz... musisz dać z siebie wszystko.. obiecałeś mi, że nas odwiedzisz niedługo w Irlandii... i proszę dotrzymaj obietnicy!!! :)))
PS Wybaczcie jeżeli przez jakiś czas nie będę zamieszczała zbyt dużo notek. Jest mi po prostu bardzo ciężko.. oczywiście do was zaglądać będę codziennie. Trzymajcie kciuki i Wy żeby wszystko się udało.
PS1 Dzisiaj również rozwiązała się sprawa znikających pieniędzy u nas w pracy. Koleżanka zaznaczyła swoje banknoty i wczoraj zginął jej jeden z nich. Byliśmy prawie pewni, że to Laura, bo znowu była na zmianie jak to się stało. Szef kazał pokazać jej swój portfel, ona oczywiście się zarzekała, że nic nie ukradła. Jednak w jej portfelu znajdował się zaznaczony banknot koleżanki. Zaskoczona tym faktem, przyznała się, że kradła pieniądze. Zapytana przez szefa jak mogła to robić kolegom z pracy odpowiedziała, cytuję: "Robiłam już gorsze rzeczy"!!! No proszę co za nagły przypływ szczerości. Została natychmiastowo zwolniona. Do tej pory nie chce mi się wierzyć, że bez skrupułów wyciągała nam pieniądze z portfeli. Do usłyszenia.. mam nadzieję wkrótce...
wtorek, 08 września 2009
Zakupowo...
Po pierwsze i najważniejsze odebrałam dzisiaj prawo jazdy i cieszę się ogromnie i już nie mogę się doczekać, jak będę z Fabiem uczyć się jeździć tak na serio :) Hehehe.. swoją drogą w Irlandii to jest naprawdę śmiesznie, najpierw dostaje się prawo jazdy, a dopiero potem uczy się jeździć... Po drugie i równie ważne byłam dzisiaj na poszukiwaniach sukienki na ślub siostry. Oczywiście tak jak się spodziewałam, pomimo przymierzenia chyba z dwudziestu kiecek, nie znalazłam NIC !!! Ale za to kupiłam śliczny notes na przepisy kulinarne, książeczkę z przepisami na drinki i pudełeczko czekoladek :) i do tego jeszcze mnóstwo kosmetyków. Ale dziwnie jakoś wszystkie moje ulubione produkty Clarins były w promocji, więc nie mogłam przejść obok nich obojętnie. No i dodatkowo dawali do nich całkiem za darmo (!) małe kremiki, toniki i wszystkie te malusieńkie próbki i ja MUSIAŁAM je mieć. A potem przy stoisku Elizabeth Arden też były w promocji podkłady kompaktowe i puder mineralny, do którego dostałam gratisowo tusz do rzęs, więc jakże mogłam przejśc wobec tego faktu obojętnie! Wydałam na to dużo za dużo pieniędzy, ale warto było, tym bardziej, że ja dosyć rzadko szaleję z kosmetykami. Jestem raczej minimalistyczna. Jeden podkład, jeden tusz, jeden krem. Teraz odświeżyłam nieco półeczkę z kosmetykami i jestem baaaaardzo szczęśliwa :) A jutro jadę jutro z siostrą na dalsze buszowanie po sklepach i to aż do Cork!!! Żebym tylko coś znalazła, bo jak się nie uda, to będę musiała zostawić poszukiwanie sukienki na tydzień przed ślubem, a tego bardzo bym nie chciała. Jestem raczej osobą zorganizowaną i w miarę poukładaną i takie zakupy na ostatnią chwilę bardzo mnie stresują! A że zakpupy w ogóle, wprowadzają mnie w stan poddenerwowania, to te na ostatnią chwilę są dla mnie bardzo, ale to bardzo stresujące i wolę tego uniknąć. Ale w Cork jest dużo sklepów, więc nie porzucam nadziei na znalezienie tej jedynej, cudnej i wymarzonej sukieneczki :) Trzymajcie kciuki, żeby się udało :)))
poniedziałek, 07 września 2009
Poniedziałek...
Minęło już kilka dni od kiedy zginęły mi pieniądze z portfela i nadal nic się nie wyjaśniło. Pewnie już się nie wyjaśni wcale. A jak by tego było mało to dwa dni po tym zdarzeniu podczas rozliczania kasy w pracy okazało się, że brakuje mi 20€. W związku z tym, że nie przeliczyłam kasy po nocnej zmianie jak przyszłam na rano, bo po prostu nie było na to czasu, to mogę winić tylko siebie. Nie wiem czy to ja zrobiłam błąd, czy jak przyszłam, to kasa już się nie zgadzała. Wkurza mnie to strasznie... bo to już 70€ w ciągu kilku dni, które po prostu przepadło bez echa!!! A dzisiaj mam popołudniową zmianę, bleh nienwidzę pracować wieczorami. Ale potem mam 2 dni wolne więc nie jest źle. Jutro jadę na poszukiwania sukienki na ślub siostry. Masakra, wolny dzień a ja muszę buszować po sklepach i to w dodatku w poszukiwaniu sukienki.. a mi NIC nie pasuje. Mam figurę dziwaczną jakąś... w jednym miejscu szeroko, w drugim mniej szeroko... grrrrr... i te lustra w sklepach (dlaczego one zawsze poszerzają hehehe) :))) Jeszcze tylko 6 tygodni do wyjazdu do Polski... Tym razem nie mogę się doczekać, nie byłam tam już od 1,5 roku. I nawet nie wiem kiedy ten czas tak szybko minął??!! Ech... A teraz lecę już do pracy, do następnego :)))
czwartek, 03 września 2009
Było 50€, nie ma 50€...
Wczoraj w pracy zniknęło mi z portfela 50€. A tak to wyglądało: Rano wyjęłam pieniądze z szuflady (jeden banknot 50€), włożyłam je do portfela, portfel do torebki i poszłam do pracy. W hostelu odwiesiłam torebkę na wieszak na recepcji, poszłam pracować. Po pracy wzięłam torebkę, poszłam do sklepu po zkaupy. Chcę zapłacić, wyciągam portfel, ale pieniędzy w portfelu NIE MA!!! Przszukuję wszystkie zakamarki portfela, torebkę, ale nic... Lecę do domu (to tylko za rogiem), sprawdzam szufladę czy aby na pewno wzięłam stamtąd pieniędze... wzięłam bo tam też ich nie ma! Wracam do pracy, rozmawiam z szefem... szef w szoku... Sprawa jest w trakcie wyjaśniania... hmmm za dużo ostatnio tych tajemniczych "zniknięć" pieniędzy w pracy. Szef powiedział mi dzisiaj , że chyba ma plan jak sprawdzić, czy ktoś z nas jest złodziejem... Hmmm ciekawa jestem jaki to plan i czy rzeczywiście doprowadzi on do złapania ewentualnego złodzieja... tymczasem pozostaje mi tylko czekać w nadziei, że wszystko się wyjaśni. I want my money back :/
wtorek, 01 września 2009
Day by day...
Mija dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak szybko leci czas, dopóki wczoraj nie usłuszałam gdzieś w TV, że od śmierci Michaela Jacksona minęły już ponad dwa miesiące!!! Dwa miesiące?!!!! Gdzie i kiedy mi ten czas uciekł?!!!? Szczególnie ostatnio moje dni wyglądały tak samo. Praca, dom, obiad, testy na prawko, spanie i tak w kółko :) Ale narzekać nie będę, opłacało się :) Nawet troszkę tęsknię za robieniem testów i tymi kilkoma sekundami niepewności w oczekiwaniu na wynik.. PASSED or FAILED :) Do wesela siostry zostało jeszcze tylko 1,5 miesiąca, a ja wciąż nie mam kiecki. Jak o tym myślę, to mnie strach oblatuje, że nic nie znajdę. A przecież nie chodzi tylko o sukienkę na dzień ślubu, na poprawiny też trzeba coś ubrać :) Masakra jak ja nie lubię kupować sobie ciuchów! I wcale nie sprawdza się u mnie utarte stwierdzenie, że kobiety relaksują sie na zakupach. Nie, nie w moim przypadku!!! To znaczy zakupy kuchanne albo książkowe albo bucikowe jakoś zniosę, ale latanie za ciuszkami po prostu mnie wkurza. Ech.. Podobno wrzesień w Irlandii ma być wyjątkowo ciepły i słoneczny. Hmmm.. jakoś nie mogę w to uwierzyć, ale kto wie, może i nam trafi się chwila odpoczynku od deszczu :) Tata dał mojej siostrze w prazencie iphona, którego używał przez jakiś czas, ale mu nie odpowiadał i postanowił się go pozbyć. Padło na siostrę (szczęściara- przynajmniej tak myślałam do wczoraj!!!). Siostra poużywała iphona jeden dzień po czym stwierdziła, że jest głupi i oddała go Sajmonowi. Sajmon pocieszył się nim jeden dzień i rzucił w kąt. W związku z tym, że żadne z nich nie chciało go używać, wczoraj dostałam go ja! Och.. ach.. jeeee... jaka radość!!! Przez jeden dzień. Dzisiaj już mam go dosyć i zdecydowanie nie będę go używać. Ten telefon to jakaś porażka. Wszystko jest dziwne, niewygodne, mało funkcjonalne. Do tego sam telefon jest wielgachny, bardzo ciężki i przy słuchaniu muzyki bateria starcza na jakieś 3 godziny. Katastrofa... przereklamowany, bezużyteczny gadżet!!! Nie polecam (jeżeli ktoś się zastanawia czy kupić). Mogę pożyczyć do przetestowania :) Stawiam, że po jednym dniu z tym "cudakiem" wam się odwidzi :)))
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
sobota, 29 sierpnia 2009
|
Archiwum
Zakładki:
Fajne blogi:
Ja kulinarnie:
Jedzonko:
O książkach, ale nie tylko:
Sex And The City :)
Szablony na blogi:
Troszkę języka polskiego:
|